Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toluś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toluś. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

Prezentacja.

    Zaczęło się od tego, że Toluś znalazł pracę. Robi to co lubi - pracuje ze zwierzakami. Praca w sklepie zoologicznym bardzo szybko zaowocowała tym, że Toluś zafascynował się pewnym gadzim jegomościem. Zaczął do jegomościa przekonywać mnie. Nie żebym miała coś osobiście przeciwko kameleonom, ale chodziło o to, żeby - ochrzczony już przeze mnie Gustawem Gustaw - zamieszkał z nami.
Oczywiście dałam się przekonać. Pracowaliśmy z Tolusiem niestrudzenie przez kilka dni. Z poświęceniem parzyłam sobie chemicznie skórę dłoni zastygającą pianką montażową i kleiłam kamyczki do finezyjnie formowanego styropianu po to, aby w meblościankowej witrynie powstało terrarium.
Zastygniętą piankę da się usunąć jedynie mechanicznie. Gratuluję każdemu, kto próbował. Peeling okolic łonowych tępymi ostrzami  depilatora to przy tym betka. Już nie mówiąc o tym, że przez długi czas trzeba chować łapki za plecami.
Potem do terrarium roślinki, fontanna - bo kameleony nie widzą stojącej wody, inne niezbędne rzeczy i jest.
Razem z Gustawem z konieczności - bo w końcu Gustaw musi jeść - zamieszkały z nami w uroczych, plastikowych pudełeczkach: larwy mączniaka, larwy drewnojada oraz świerszcze. "Jedzenie" zwane paskudnie karmówką też trzeba karmić, dbać o temperaturę, wilgotność. Mam teraz wielu podopiecznych - samych drewnojadów jest ok 500. Niestety w głupocie swojej przywiązuję się i do tych robalków i smutno mi jak któremu się zejdzie. Jedynie pierwotne w swej istocie  pożarcie robalków przez Gustawa nie budzi mojego wewnętrznego sprzeciwu.
Tolo chciał mi jeszcze zafundować towarzystwo karaczanów, ale co do tych kolesi, to nie ma mowy, bowiem w stosunku do nich żywię - może nie w skrajnej postaci - ale stanowczo fobię.
Tak ...
A oto Gustaw:


A to domek Gustawa:


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Magia szklanego ekranu, albo jedna z tych rzeczy, o których się filozofom nie śniło.

Osoby dramatu:
Pani o nieznanych personaliach, wieku - ujmijmy to - więcej niż średniego
Pimpek - piesio mały i kudłaty
Toluś
Brego

Miejsce akcji: osiedlisko-blokowisko malowniczo zasypane śniegiem i do tego mgłą zasnute, temperatura -15 stopni

Czas akcji: późne popołudnie - co w obecnym czasie oznacza ciemności kryją ziemię

     Pani o nieznanych personaliach, wieku więcej niż średniego wyszła na spacerek ze swoim ukochanym Pimpkiem. Obskurne osiedlisko nie zachęcało do spacerków, ale Pani nie dla własnej frajdy i przyjemności, czy zdrowia nawet, bo to przecież i śnieg, i mgła, a i temperatura zabójcza, ale dla Pimpka, którego natura wezwała celem opróżnienia malutkich jelitek i pęcherzyka.
W tychże celach opróżnienia tego i tamtego Toluś zabrał  Brego na spacer.
Spacerowali, spacerowali, aż się Toluś z Panią i pieski spotkali.
Stojąc w niedalekiej odległości od Pani Toluś usłyszał monolog Pani kierowany do Pimpka:
"Pimpek choć do domku, bo ci nóżki zmarzną, no choć już, choć."
Pimpek nie wyglądał na przejętego groźbą zmarzłych nóżek, czy też czegokolwiek innego i nadal zawzięcie obwąchiwał skrawek trawnika. Jedynym przejętym i zmarzniętym stworzeniem była jego Pani.
Pani postanowiła użyć wobec Pimpka innego argumentu: "Pimpuś choć do domu pooglądać telewizję. Niedługo się twój serial zacznie."
Toluś nie wytrzymał i zagadnął: "Dzień dobry, to Pimpek ma swój ulubiony serial?"
- "No tak, Eswuenżeta ogląda, to i ja zerknę."
- "Co ogląda?" - dopytywał niezorientowany Toluś.
- "No Stawkę większą niż życie przecież."


środa, 25 lipca 2012

Popolupo.

   Są ludzie, którzy albo z urodzenia, albo przez splot okoliczności i cech charakteru są autokratami, tyranami, panami i władcami po krańce wszechświata. Wewnętrznie, i często też zewnętrznie, ułomni, miałcy i słabi, ale na zewnątrz epatujący pozorną siłą i stanowczością. Otaczający się ludźmi równie - albo i bardziej, bo bez zacięcia do bycia panem - słabymi, bez charakteru, bez moralnego kręgosłupa, pochlebcami i donosicielami, podlecami knującymi za plecami, rozpuszczającymi ploty i rzucającymi kalumnie, bojącymi się jednak wszelkiej konfrontacji, zmieniającymi punkt widzenia jak chorągiewka na wietrze, bez opinii, przekonań i wewnętrznych dylematów, albo po prostu nieprzesadnie inteligentnymi. Dlaczego tak? Dlatego, że tymi można pomiatać, tych można kupić albo zastraszyć, albo - w przypadku tych mniej rozgarniętych - ci się boją i nie rozumieją.

środa, 11 lipca 2012

Zerwanie.

    Toluś poddał się dziś kolejnym medycznym oględzinom, które wykazały rzeczy pozytywne, jak postępujący zrost i tworzenie się imponujących rozmiarów okostnej, ale także negatywne w postaci zakażenia macierzy pazura, które, o ile nieszczęśliwie przeniesie się na gojące się obecnie rany, spowoduje nierozpędzalny antybiotykowo Afganistan i palucha trzeba będzie urąbać. Ja mam już przed oczyma wizję Kuby z "Chłopów" i robi mi się mocno nieswojo. Efekt - definitywne zerwanie! Jutro koniec! Toluś pożegna się z pazurem, który zostanie zerwany, a antybiotyki podane. Niezła sraczka. Ból panie tego i cierpienie. Trzymam za niego kciuki i ogryzam paznokcie po same łokcie. A słonik na szczęście.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Zapiski z placu boju.

    Przyznaję się, jestem kibicem. Euro wciągnęło mnie w związku z tym bez reszty. Dzień podporządkowany godzinom rozgrywek. Teraz, jak jest tylko jeden mecz dziennie, albo i nie ma wcale to ok, ale jak były dwa, to latałam jak kot z pęcherzem. Tymczasem na froncie się dzieje, a ruchy wojsk nie ustają, normalnie: potyczki dnia codziennego, ataki to z lewej, to z prawej flanki, zaciekła obrona, albo ruchy zaczepne. Życie.
   Toluś pozbył się gipsu, ale niestety nie złamania. Pełnego zrostu nie ma. Gira nadal w kolorze trupio-sinym, objętościowo prezentuje się jak krowie wymię i boli jak nieszczęście. Ruchy jakie takie możliwe, a to już sukces. Nadal uziemienie, ale jednak ciut mniejsze. Powiedzmy, że z okopów Toluś wygrzebał się na poziom "zero".
   Bazyli już na drugi dzień po zabiegu śmigał jak osa, tyle że w majtadorach. Teraz ma po prostu między nogami pustą reklamówkę. Poza tym bez zmian, z czego wniosek, że usunięcie jajec nie powoduje spadku poziomu oszołomstwa.
Trzeba znaleźć sposób - poza pomniejszeniem żołądka - na operacyjne usunięcie łakomstwa, a wówczas Brego natychmiast ląduje u weta.
   Fasolka natomiast nerwowo poszukuje w miarę taniej miejscówki na opijanie 18 i planuje co tam zapodać gościom do szamania.
  Ja zostałam dumną posiadaczką iphona, na którym, korzystając z dzisiejszej przerwy w meczykach, wystukałam tego posta.

Z okrzykiem kibica:


środa, 6 czerwca 2012

O znikaniu i pozostawaniu.

1. Bazylowi zniknęły jądra za sprawą kastracji dokonanej skalpelem weterynarza. Pozostały: szwy, pusty woreczek, trochę zasinienia i opuchnięcia, sporo bólu, fizelinowe gatki, wizja zdejmowania szwów, kończący się zapas testosteronu.
2. Tolusiowi zniknęły szwy za sprawą lekarza ortopedy, któren był te szwy wycharatał. Pozostał: gips, zasinienie, nie zagojona jeszcze rana, ból i puchnięcie, nadzieja na przyszłość w związku z narastającą kurwicą spowodowaną przymusową bezczynnością oraz osobista satysfakcja z powodu tego, że w firmie nie dzieje się tak dobrze, jak wtedy, gdy był sprawnym - za przeproszeniem - członkiem zespołu, o czym mu uprzejmie doniosło szefostwo, pytając o zdrowie i rychły, jak mieli nadzieję, powrót.

czwartek, 24 maja 2012

Ciasto czekoladowe.

Wróciłam.
    Słoneczka nie było, był za to deszcz. Wsiowe pieski wymyziane - wszystkie jakie się napatoczyły. Potem mnie regularnie odprowadzały pod bramę.
Na wykładach nudy i merytoryczne dno, ale jeden ze szkolących - jako człowiek - całkiem sympatyczną i wesołą istotą był, i dzięki temu  nie zaziewałam się i nie skonałam. Drugi był za to sztywny jak szpadel i miał wkurzający sposób bycia. Nie moja demencja.
Najbliższe towarzystwo za to miałam  przednie, uśmiałam się z nimi jak norka. Przypomniałam sobie zasady gry w remika, w którego nie łupałam od liceum, czyli dawno. Gadki, śmichy, spacerki w deszczu, granie w karty. Wesoło było.

czwartek, 15 marca 2012

Międlę i primcham.

    Nieuzasadniony, albo i uzasadniony spadek motywacji odnotowuję. Fizycznie jest OK, tylko w środku jakoś tak przymarzło, choć na świecie już wiosną zapachniało. Wykonuję co jest do wykonania - sprawnie i bez protestu, ale tak jakoś nieprzesadnie energicznie mi jest. Niechby co sprawiło, żeby mi się chciało tak bardzo, jak bardzo mi się nie chce. Potrzebuję, a jednocześnie nie mam mocy uruchomić się do czynności przynoszących duchową satysfakcję. Oglądać mogę filmy tylko te, które już widziałam, słuchać piosenek, które już słyszałam i czytać, co już czytałam. Łeb mi się zamknął na nowe, boję się jakoś, że mnie emocje przerosną jak mnie co nowego dotknie. Przyczajam się i próbuję wyciszyć. Może to przykuc przed skokiem. Mam nadzieję. Na razie zachowuję się w myśl hasła: "Gdybym miała narty i umiała jeździć, to bym sobie zjechała". Ruszę pewnie do boju ... niedługo.
A Toluś zakupił "stalowego rumaka" i śmiga do pracy niczym osa, choć rower Gazelle.
Jest to sposób na to, żeby się rozruszać. I mnie trzeba by taką metodę przetestować. Skoro nie chcę siedzieć, to logicznym byłoby wstać. Chcę się rozruszać, to niech się ruszę!
Rowerek poniżej - jak dla mnie śliczny jest.


niedziela, 19 lutego 2012

No i stało się!

Jako rzekłam stało się!

Dziś Toluś wyszedł na poranny spacer z  Brego.
Długo nie wracają.
W końcu nadchodzą. Słyszę pipczenie domofonu.
Wchodzą do mieszkania.
Toluś wyrzuca z siebie: "Brego się rzucił na niego, poleciał jak strzała, no rzucił się na niego i ... odgryzł mu nos!"

Zamarłam. Połamałam się, posklejałam taśmą i znów połamałam. Co? To niemożliwe! Mój biszkoptowy Miś potworem-kilerem?

Na co Toluś powstrzymując rechot: "Na bałwana, na bałwana się rzucił, ukradł mu nos, bo był przecież rasowo z marchewy!"
Odzyskałam wiarę w psa - żarłok, ale przyzwoity.

Szkoda tylko dzieciaków, które przyjdą obejrzeć jutro swojego kalekiego bałwanka, bo przecież im nie powiem, że nosa nie ma, bo to ostatnie stadium syfilisu.

wtorek, 6 grudnia 2011

Co, ja nie znajdę?!

    "Na Afrodytę, gdzie ty startujesz tak wcześnie?! Niedziela jest!"
I tu, co ważne, słowa te były skierowane do Tolusia, wroga numer jeden porannych pobudek, jednostkę fizycznie zaprogramowaną na działanie najwcześniej od południa. Nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić cudowności kitów, które potrafi wciskać gadając przez sen (podczas gdy osobie z boku mogłoby się wydawać, że jest kompletnie przytomny), albo arsenału niedorzeczności, jakie można wówczas usłyszeć. Jest wtedy słodki i czarujący, co nie zmienia faktu, że jego słowa jeszcze nie zdążą przebrzmieć, a już rozlega się chrapanie.
Toluś wstał. Sam. Z własnej i nieprzymuszonej woli wyrwał z łóżka w ten niedzielny poranek jak ogar (jeden z tych, co poszły w las) i oświadczył z przekonaniem: "Ja Ci znajdę to szydełko, zobaczysz! Przyszła mi do głowy taka jedna miejscówka. Tam będzie!" - moc i charyzma tej wypowiedzi usadziły mnie na wyrku. Usadzić, usadziły, ale nie żeby zaraz uciszyły moje wrodzone malkontenctwo: "Nie..., no jasne..., tylko że szkoda czasu i zachodu, i wogóle..." - tu się zawiesiłam.
Wstał, oporządził się i odjechał, uleciał jak sen jaki złoty. Nie minęło pół godziny jak zadzwonił telefon "A nie mówiłem! Co, ja nie znajdę!? Mam. Jakie chcesz: 0,6; 0,75, większe, mniejsze?".
Zadzwonił, a triumf jego był wielki. Trzymając telefon przy uchu dokonywał zakupu. Jeśli mam być szczera, to w jego wykonaniu widziałam już takie rzeczy, że rzadko wątpię w sukces (co jednak nie kłóci się z moim pesymistycznym marudzeniem), bo skoro powie, że będzie tak, to z reguły jest tak, jakkolwiek to robi i jakich sposobów używa.

czwartek, 20 października 2011

Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona druga.

   Wieczorem stanęliśmy z Bazylem w domu. Brego, jako pies towarzyski, był zachwycony pojawieniem się Bazyla. Od razu rozpoczął zaproszeniem do zabawy, obskakiwaniem, podgryzaniem i ... pojawił się problem. Bazyl nie rozumiał komunikatów, nie potrafił się bawić. Dla pewności, że nic złego między "chłopakami" nie zajdzie Toluś nie spał całą noc mając tzw. baczenie. Bazyl był spokojny, trzymał się jednak z dala od Brego, tyle że Brego miał problem, żeby trzymać się z dala od Bazyla. Noc przebiegła na szczęście spokojnie.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.



   Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.

środa, 19 października 2011

Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona pierwsza.

No tak Bazyl ... A z tym huncwotem, to sprawa skomplikowana.

   Ponieważ żyliśmy sobie z Brego, to Toluś zaangażował się w forumowo-labradorowe kwestie i jakoś tak trafił na kolegę Bazyla, biszkoptowego labradora, który szukał domu. Przebywał w domu tymczasowym, a potrzebował czegoś na stałe. Któregoś wieczoru usłyszałam od Tolusia: "Co byś powiedziała na drugiego psa?" i pokazał mi Bazyla. Na zdjęciu Bazyl wyglądał jak pies z najszerszym uśmiechem świata, a jednocześnie z niezłym zajobem w oczach. Po szeroko zakrojonych dyskusjach postanowiliśmy przygarnąć Bazyla.
Bazyl przebywał u wspaniałych ludzi, którzy na co dzień pomagają pieskom, ale ponieważ pomagają już bardzo mocno i  intensywnie, nie byli w stanie zatrzymać również jego.
Odbyliśmy wizytę "przeciwadopcyjną", przeszliśmy badanie pozytywnie i pozwolono nam  pojechać po Bazyla, a jak się sobie spodobamy, to wrócić już razem do domu.
Niezwykłe było to, że wszyscy ludzie zaangażowani w pomoc zwierzakom, których przy tej okazji poznaliśmy, kibicowali nam przez cały czas. Rozstanie z Bazylem zostało opłakane, bo dobrzy ludzie zdążyli go już pokochać.

poniedziałek, 10 października 2011

Rany, tutaj są zwierzęta - akt trzeci Brego.

   Menażeria miała się powiększyć, gdyż ... zapragnęliśmy mieć psa.
   Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
   Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.


  Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.

sobota, 8 października 2011

Rany, tutaj są zwierzęta! - akt drugi Fridrikson.

 

   Miss Fridrikson miała być miniaturowym królikiem. Broń Boże nie dlatego, że postanowił tak Stwórca, ale dlatego, że życzeniem urodzinowym Fasolki było posiadanie takiego zwierzaczka. Swojego zwierzaczka. Objeździliśmy kilka sklepów zoologicznych i akurat w tym momencie, choć zawsze króliczków jest masa, nie było żadnego do kupienia. Za to spotkaliśmy Miss Fridrikson, która reprezentowała sobą cały wachlarz pociesznych zachowań, niewyobrażalnych wariacji i ufności dla ludzi. Zresztą w sklepie podbiła serca wszystkich pracujących tam dziewcząt, które bawiły się z nią i nosiły na rękach. Do nas też nie miała żadnych zastrzeżeń, zresztą - jak to fretkę - rozpierała ją energia i chęć do zabawy, więc zaczęły się figle. Choć nie planowaliśmy nowej przyjaciółki fretki, to przyjaciółka fretka zamieszkała z nami.

niedziela, 2 października 2011

Silesia półmaraton.


   Dziś. Start godzina 11.00. Park w Chorzowie. Pogoda na starcie dobra. Niedawno opadła mgła. Wilgotność nie za duża. Temperatura koło 15 stopni Celsjusza. Nie ma słońca. Potem wyjrzało słoneczko i trzecia pętla półmaratonu dała już pewnie uczestnikom trochę w kość, bo nie dość, że tyle już mieli za sobą, to jeszcze zrobiło się gorąco.
Ale naprawdę gorąca była atmosfera. Dopisali i uczestnicy i kibice. Miło popatrzeć na całe "biegowe" rodziny, znajomych i przyjaciół kibicujących "swoim" i wszystkim innym. Cała impreza w przyjaznej atmosferze, w prawdziwym sportowym duchu. Na organizację też nie można narzekać. Uśmiechnięci ludzie, małe i większe osobiste sukcesy. Okrzyki dzieciaków: "Mama tempo. Tata, tata, dalej, dalej". Dla mnie super.
Obok półmaratonu bieg na 7 km dla tych, dla których półmaraton to jeszcze zbyt wiele.
Trasa podobała się uczestnikom, zielono, ciekawie, choć był na niej długi odcinek wzniesienia i mówili, że nieźle dawał w kość.
Szczęśliwi byli i ci co na podium, i ci, którym  udało się pobić własny rekord, albo po prostu dotrzeć do mety.
Dla każdego uczestnika był medal, a dla najlepszych oczywiście uroczysta dekoracja, puchary i nagrody.

niedziela, 25 września 2011

Ze środka do końca i z powrotem czyli bieganie.



Toluś myślał o bieganiu spory kawałek czasu. Rozmawialiśmy o tym. Planowaliśmy to i owo, wspólne bieganie. I tyle. Słowo jakiś czas nie stawało się ciałem. Toluś czytał, analizował, merytorycznie się przygotowywał i nadal motywował. W końcu kupił buty do biegania, potem kilka niezbędnych ciuchów. Potem pulsometr. I znowu czas na kumulowanie sił.
   Któregoś poniedziałku Toluś wstał rano i…, zupełnie nie jak zwykle, NIE zapalił papierosa. Gigant silnej woli. Sama palę od tylu lat, że wiem, choć nigdy nie rzucałam palenia, że zrobienie tego nie będzie łatwe.
Toluś zaczął biegać. Wracał spocony jak szczur, zmachany i … szczęśliwy.
    Ja czekałam na swój szczyt motywacji i możliwości finansowe, bo co by nie mówić, podstawowa nawet wyprawka biegacza trochę kosztuje.
A tymczasem patrzyłam na Tolusia, słuchałam jego relacji i utwierdzałam się w przekonaniu, że bieganie musi być czasem bolesne i męczące, ale daje poczucie spełnienia, siłę, radość, mniejsze i większe zwycięstwa nad samym sobą i specyficzną wolność. Jest cudownym uzależnieniem.
Zostałam zarażona.

czwartek, 15 września 2011

Po pierwsze...


  Wierchoł był zawsze, ale nie zawsze nosił takie imię. Nadszedł dzień, w którym został ochrzczony i dobrze się poczuł nazwany i określony. Cudownie, że istnieje jedno słowo, które pasuje właśnie do jego istoty. Wiadomo, nazwa jest ważna, bo może się zdarzyć jak w myśleniu magicznym: „co nie nazwane, to nie istnieje”.

 Wierchoł dotąd namiętnie czytał i to słowo drukowane. Często pisał, ale to miało związek wyłącznie z nauką i pracą. Tyle już napisano, że raczej nie przypuszczał, że sam też miałby ochotę coś napisać, ale w końcu nie jest krową, to i zmienił zdanie.

  Nie wiadomym jest o czym będzie pisał, pewnie o tym i owym, a najpewniej o tym co zna, czyli o tym co robi a czego mu się robić nie chce, o tym co lubi a czego nie, co myśli, albo jak jest bezmyślny, pewnie też o tym co go wkurza a co cieszy, o tych co go inspirują i fascynują, i o tych, którzy są z nim albo przeciw niemu. Wiele miejsca poświęci córci zwanej Fasolą,  mężczyźnie, który spowodował miłosny zapał na dwie komory i dwa przedsionki zwanemu Toluś, Mamełe, Tatełe, Bracholkowi i innym pokrewnym i przyjaznym duszom.