Wszystkim życzę najmocniej Świąt zmysłowych: smakowych, pachnących, oko pięknem nęcących, słodkich, korzennych i wytrawnych.
Żeby Wam ciepło było i przytulnie, miłośnie, rodzinnie i przyjacielsko.
Niech Wam będzie radośnie i wesoło.
Zwolnijcie, odpocznijcie, odetchnijcie, bawcie się.
A tu psia przyjaźń - codzienna, nie tylko od święta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 grudnia 2012
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Magia szklanego ekranu, albo jedna z tych rzeczy, o których się filozofom nie śniło.
Osoby dramatu:
Pani o nieznanych personaliach, wieku - ujmijmy to - więcej niż średniego
Pimpek - piesio mały i kudłaty
Toluś
Brego
Miejsce akcji: osiedlisko-blokowisko malowniczo zasypane śniegiem i do tego mgłą zasnute, temperatura -15 stopni
Czas akcji: późne popołudnie - co w obecnym czasie oznacza ciemności kryją ziemię
Pani o nieznanych personaliach, wieku więcej niż średniego wyszła na spacerek ze swoim ukochanym Pimpkiem. Obskurne osiedlisko nie zachęcało do spacerków, ale Pani nie dla własnej frajdy i przyjemności, czy zdrowia nawet, bo to przecież i śnieg, i mgła, a i temperatura zabójcza, ale dla Pimpka, którego natura wezwała celem opróżnienia malutkich jelitek i pęcherzyka.
W tychże celach opróżnienia tego i tamtego Toluś zabrał Brego na spacer.
Spacerowali, spacerowali, aż się Toluś z Panią i pieski spotkali.
Stojąc w niedalekiej odległości od Pani Toluś usłyszał monolog Pani kierowany do Pimpka:
"Pimpek choć do domku, bo ci nóżki zmarzną, no choć już, choć."
Pimpek nie wyglądał na przejętego groźbą zmarzłych nóżek, czy też czegokolwiek innego i nadal zawzięcie obwąchiwał skrawek trawnika. Jedynym przejętym i zmarzniętym stworzeniem była jego Pani.
Pani postanowiła użyć wobec Pimpka innego argumentu: "Pimpuś choć do domu pooglądać telewizję. Niedługo się twój serial zacznie."
Toluś nie wytrzymał i zagadnął: "Dzień dobry, to Pimpek ma swój ulubiony serial?"
- "No tak, Eswuenżeta ogląda, to i ja zerknę."
- "Co ogląda?" - dopytywał niezorientowany Toluś.
- "No Stawkę większą niż życie przecież."
Pani o nieznanych personaliach, wieku - ujmijmy to - więcej niż średniego
Pimpek - piesio mały i kudłaty
Toluś
Brego
Miejsce akcji: osiedlisko-blokowisko malowniczo zasypane śniegiem i do tego mgłą zasnute, temperatura -15 stopni
Czas akcji: późne popołudnie - co w obecnym czasie oznacza ciemności kryją ziemię
Pani o nieznanych personaliach, wieku więcej niż średniego wyszła na spacerek ze swoim ukochanym Pimpkiem. Obskurne osiedlisko nie zachęcało do spacerków, ale Pani nie dla własnej frajdy i przyjemności, czy zdrowia nawet, bo to przecież i śnieg, i mgła, a i temperatura zabójcza, ale dla Pimpka, którego natura wezwała celem opróżnienia malutkich jelitek i pęcherzyka.
W tychże celach opróżnienia tego i tamtego Toluś zabrał Brego na spacer.
Spacerowali, spacerowali, aż się Toluś z Panią i pieski spotkali.
Stojąc w niedalekiej odległości od Pani Toluś usłyszał monolog Pani kierowany do Pimpka:
"Pimpek choć do domku, bo ci nóżki zmarzną, no choć już, choć."
Pimpek nie wyglądał na przejętego groźbą zmarzłych nóżek, czy też czegokolwiek innego i nadal zawzięcie obwąchiwał skrawek trawnika. Jedynym przejętym i zmarzniętym stworzeniem była jego Pani.
Pani postanowiła użyć wobec Pimpka innego argumentu: "Pimpuś choć do domu pooglądać telewizję. Niedługo się twój serial zacznie."
Toluś nie wytrzymał i zagadnął: "Dzień dobry, to Pimpek ma swój ulubiony serial?"
- "No tak, Eswuenżeta ogląda, to i ja zerknę."
- "Co ogląda?" - dopytywał niezorientowany Toluś.
- "No Stawkę większą niż życie przecież."
poniedziałek, 5 listopada 2012
Uroboros.
Od dziecka chciałam mieć ogon. Raczej nie rozpatrywałam za i przeciw, czy to wygodne, przydatne, czy ogon marznie na mrozie itp., po prostu chciałam mieć i już. Żeby tak pomachać wesoło, muchy odgonić, pogmerać w kudełkach. Ogon to malsymalnie fajna rzecz. Wyobrażałam sobie jak będzie kląć moja Mamełe, której przyjdzie wycinać dziurki w ubraniach, żebym mogła wystawić ogonek. Bardziej chyba o tym myślałam jakimi fikuśnymi wzorkami można takie dziurki obrabiać. Może z powodu chęci posiadania własnego ogona szukałam przyjaźni z " ogoniastymi" i sprowadzałam do domu wszelkiej maści zwierzaki z błaganiem: " Mamo zrób im kanapkę". Wiedziałam, że i tak nie pozwoli mi żadnego zatrzymać. Długo przyszło mi czekać na "ogoniastego" przyjaciela. A dziś ... Od kilku tygodni w remoncie (domiszcze moich rodziców). Czuję się jakbym zjadała własny ogon. Nie wydaje się już taki fajny ten ogon, kiedy sam wpycha się do mordy. Zmęczenie daje znać o sobie. Praca, po pracy remoncik, własny dom ... już boli.
poniedziałek, 3 września 2012
Co można sądzić o kobiecie, która sypia z brokułem?
Miewam nocne, nieprzytomne wystąpienia. Zdarza się, że w czasie tych występów współspacze są akurat przytomni na tyle, żeby je zanotować. Z jednej strony nie wiadomo, czy może z nagła zaczęłam należeć do grona wiedzących - w końcu nawet profesor Trelowney przydarzyła się prawdziwa przepowiednia - a z drugiej jak bredzę, to będzie śmiech. Jedno z takich brzmiało: Nie dalej jak wczoraj, ustami swoich popleczników dała nam do zrozumienia, że jesteśmy beznadziejni.
Toluś opowiedział mi dziś o kolejnym występie z cyklu: ale ze mnie świński cyc. Macam wokół nerwowo łapą ze słowami: No chodź tu. Toluś podsuwa mi swoją rękę. Ja przez chwilę sprawdzam co mi się trafiło i odtrącam z marudzącym NIE. Macam dalej i nareszcie trafiam, jest - Pan Brokuł. Pan Brokuł ma wprawdzie kieckę - cholera wie zresztą po co - ale nie skupiajmy się na detalach. Można robić miśki, kotki, ale brokuł mnie powalił i to na tyle, że pojechałam do miejscowości oddalonej 25 kilometrów od miejsca mojego zameldowania i faktycznego przebywania, żeby go mieć. Nieważne czy mam infantylną osobowość, kompensuję sobie niedostatki komunistycznego dziecięctwa, przechodzę kryzys wieku średniego, albo mam jeszcze inny syndrom lub zespół - zostawiam to psychologom/psychiatrom klinicznym- przygniatam nocą Pana Brokuła.
Toluś opowiedział mi dziś o kolejnym występie z cyklu: ale ze mnie świński cyc. Macam wokół nerwowo łapą ze słowami: No chodź tu. Toluś podsuwa mi swoją rękę. Ja przez chwilę sprawdzam co mi się trafiło i odtrącam z marudzącym NIE. Macam dalej i nareszcie trafiam, jest - Pan Brokuł. Pan Brokuł ma wprawdzie kieckę - cholera wie zresztą po co - ale nie skupiajmy się na detalach. Można robić miśki, kotki, ale brokuł mnie powalił i to na tyle, że pojechałam do miejscowości oddalonej 25 kilometrów od miejsca mojego zameldowania i faktycznego przebywania, żeby go mieć. Nieważne czy mam infantylną osobowość, kompensuję sobie niedostatki komunistycznego dziecięctwa, przechodzę kryzys wieku średniego, albo mam jeszcze inny syndrom lub zespół - zostawiam to psychologom/psychiatrom klinicznym- przygniatam nocą Pana Brokuła.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
London calling!
Moja mała córunia, statuując i uprawomocniając swoją świeżo osiągniętą pełnoletność, samotnie i bohatersko - na zaproszenie chrzestnej - wyleciała sobie do Londynu.
Śle mi stamtąd maile z zachwytami, peanami i wyrazami pełnego szczęścia. Zachłystuje się byciem, pokonywaniem trudności związanych z przebywaniem w obcym miejscu, koniecznością samodzielnego radzenia sobie z nowymi wyzwaniami, widokami, zwiedzanymi miejscami, szwendaczkami, wolnością, poznawaniem nowego i nieznanego i no ... rozpływa się dziecię, dumne z siebie jest i szczęśliwe. Oczywiście żadnych konkretów, bo nie ma czasu tyle pisać, a i głowa zbyt gorąca, a wrażenia zbyt silne, i dlatego każdy mail kończy się słowami: "Opowiem ci jak przyjadę".Coś zarysuje, napomknie i zaraz urywa. Daję spokój i nie drążę, nie naciskam i nie dopytuję, choć pali mnie niepokój o nią i ciekawość.
Biega Fasola po muzeach, po ulicach i cieszę się, bo wyobrażam sobie jej roześmianą facjatę.
Niech się dziecię usamodzielnia bardziej, zdobywa doświadczenia, bawi dobrze i bezpiecznie. Poczekamy.
Śle mi stamtąd maile z zachwytami, peanami i wyrazami pełnego szczęścia. Zachłystuje się byciem, pokonywaniem trudności związanych z przebywaniem w obcym miejscu, koniecznością samodzielnego radzenia sobie z nowymi wyzwaniami, widokami, zwiedzanymi miejscami, szwendaczkami, wolnością, poznawaniem nowego i nieznanego i no ... rozpływa się dziecię, dumne z siebie jest i szczęśliwe. Oczywiście żadnych konkretów, bo nie ma czasu tyle pisać, a i głowa zbyt gorąca, a wrażenia zbyt silne, i dlatego każdy mail kończy się słowami: "Opowiem ci jak przyjadę".Coś zarysuje, napomknie i zaraz urywa. Daję spokój i nie drążę, nie naciskam i nie dopytuję, choć pali mnie niepokój o nią i ciekawość.
Biega Fasola po muzeach, po ulicach i cieszę się, bo wyobrażam sobie jej roześmianą facjatę.
Niech się dziecię usamodzielnia bardziej, zdobywa doświadczenia, bawi dobrze i bezpiecznie. Poczekamy.
środa, 6 czerwca 2012
O znikaniu i pozostawaniu.
1. Bazylowi zniknęły jądra za sprawą kastracji dokonanej skalpelem weterynarza. Pozostały: szwy, pusty woreczek, trochę zasinienia i opuchnięcia, sporo bólu, fizelinowe gatki, wizja zdejmowania szwów, kończący się zapas testosteronu.
2. Tolusiowi zniknęły szwy za sprawą lekarza ortopedy, któren był te szwy wycharatał. Pozostał: gips, zasinienie, nie zagojona jeszcze rana, ból i puchnięcie, nadzieja na przyszłość w związku z narastającą kurwicą spowodowaną przymusową bezczynnością oraz osobista satysfakcja z powodu tego, że w firmie nie dzieje się tak dobrze, jak wtedy, gdy był sprawnym - za przeproszeniem - członkiem zespołu, o czym mu uprzejmie doniosło szefostwo, pytając o zdrowie i rychły, jak mieli nadzieję, powrót.
2. Tolusiowi zniknęły szwy za sprawą lekarza ortopedy, któren był te szwy wycharatał. Pozostał: gips, zasinienie, nie zagojona jeszcze rana, ból i puchnięcie, nadzieja na przyszłość w związku z narastającą kurwicą spowodowaną przymusową bezczynnością oraz osobista satysfakcja z powodu tego, że w firmie nie dzieje się tak dobrze, jak wtedy, gdy był sprawnym - za przeproszeniem - członkiem zespołu, o czym mu uprzejmie doniosło szefostwo, pytając o zdrowie i rychły, jak mieli nadzieję, powrót.
czwartek, 24 maja 2012
Ciasto czekoladowe.
Wróciłam.
Słoneczka nie było, był za to deszcz. Wsiowe pieski wymyziane - wszystkie jakie się napatoczyły. Potem mnie regularnie odprowadzały pod bramę.
Na wykładach nudy i merytoryczne dno, ale jeden ze szkolących - jako człowiek - całkiem sympatyczną i wesołą istotą był, i dzięki temu nie zaziewałam się i nie skonałam. Drugi był za to sztywny jak szpadel i miał wkurzający sposób bycia. Nie moja demencja.
Najbliższe towarzystwo za to miałam przednie, uśmiałam się z nimi jak norka. Przypomniałam sobie zasady gry w remika, w którego nie łupałam od liceum, czyli dawno. Gadki, śmichy, spacerki w deszczu, granie w karty. Wesoło było.
Słoneczka nie było, był za to deszcz. Wsiowe pieski wymyziane - wszystkie jakie się napatoczyły. Potem mnie regularnie odprowadzały pod bramę.
Na wykładach nudy i merytoryczne dno, ale jeden ze szkolących - jako człowiek - całkiem sympatyczną i wesołą istotą był, i dzięki temu nie zaziewałam się i nie skonałam. Drugi był za to sztywny jak szpadel i miał wkurzający sposób bycia. Nie moja demencja.
Najbliższe towarzystwo za to miałam przednie, uśmiałam się z nimi jak norka. Przypomniałam sobie zasady gry w remika, w którego nie łupałam od liceum, czyli dawno. Gadki, śmichy, spacerki w deszczu, granie w karty. Wesoło było.
niedziela, 13 maja 2012
Jadę.
Czego nie było, a było niezbędne - zostało kupione.
Kręciłam się po domu jak gówno w przeręblu. Umęczyłam się.
Efekt - torba spakowana.
Nadzieja, że mam wszystko, co jest mi potrzebne przez te trzy dni. Boże, niezwykłe ile jest mi potrzebne na te parę dni!?
Tęskno mi będzie.
Odpocznę może za to.
Mam nową książkę - wznowienie "Pałacu" Wiesława Myśliwskiego.
Dużej ilości słonka sobie życzę.
No to ... pa.
Kręciłam się po domu jak gówno w przeręblu. Umęczyłam się.
Efekt - torba spakowana.
Nadzieja, że mam wszystko, co jest mi potrzebne przez te trzy dni. Boże, niezwykłe ile jest mi potrzebne na te parę dni!?
Tęskno mi będzie.
Odpocznę może za to.
Mam nową książkę - wznowienie "Pałacu" Wiesława Myśliwskiego.
Dużej ilości słonka sobie życzę.
No to ... pa.
wtorek, 20 marca 2012
A czas nas omija.
Słucham sobie płyt z cyklu "25 lat przebojów Trójki". Matko jaki spokój i relaks, a jednocześnie natłok wspomnień związanych z piosenkami. Powracają obrazy, jest wewnętrzne śmianie się z siebie, nutka samokrytyki co do pewnych zachowań i myśli z lat odległych; twarze i czyny osób, z którymi nie mam już kontaktu, sytuacji razem przeżytych, dawnych pragnień, wierzeń, miłości, fascynacji, oburzeń i chceń, planów, idealizmu nie do końca utraconego, zamyślenie nad cudowną naiwnością i ufnością, widok chmury nadchodzącego cynizmu, zwątpienia i rozczarowania,straconych szans, totalnych porażek, marazmu, dna i katastrofy, by potem powstały nowe doznania, nowe nadzieje, wrażenia, umiejętności i marzenia - wszystko jak w kalejdoskopie przewraca się kolorami, zapachami i widokami w mojej głowie.
czwartek, 15 marca 2012
Międlę i primcham.
Nieuzasadniony, albo i uzasadniony spadek motywacji odnotowuję. Fizycznie jest OK, tylko w środku jakoś tak przymarzło, choć na świecie już wiosną zapachniało. Wykonuję co jest do wykonania - sprawnie i bez protestu, ale tak jakoś nieprzesadnie energicznie mi jest. Niechby co sprawiło, żeby mi się chciało tak bardzo, jak bardzo mi się nie chce. Potrzebuję, a jednocześnie nie mam mocy uruchomić się do czynności przynoszących duchową satysfakcję. Oglądać mogę filmy tylko te, które już widziałam, słuchać piosenek, które już słyszałam i czytać, co już czytałam. Łeb mi się zamknął na nowe, boję się jakoś, że mnie emocje przerosną jak mnie co nowego dotknie. Przyczajam się i próbuję wyciszyć. Może to przykuc przed skokiem. Mam nadzieję. Na razie zachowuję się w myśl hasła: "Gdybym miała narty i umiała jeździć, to bym sobie zjechała". Ruszę pewnie do boju ... niedługo.
A Toluś zakupił "stalowego rumaka" i śmiga do pracy niczym osa, choć rower Gazelle.
Jest to sposób na to, żeby się rozruszać. I mnie trzeba by taką metodę przetestować. Skoro nie chcę siedzieć, to logicznym byłoby wstać. Chcę się rozruszać, to niech się ruszę!
Rowerek poniżej - jak dla mnie śliczny jest.
A Toluś zakupił "stalowego rumaka" i śmiga do pracy niczym osa, choć rower Gazelle.
Jest to sposób na to, żeby się rozruszać. I mnie trzeba by taką metodę przetestować. Skoro nie chcę siedzieć, to logicznym byłoby wstać. Chcę się rozruszać, to niech się ruszę!
Rowerek poniżej - jak dla mnie śliczny jest.
wtorek, 6 marca 2012
Każdy kij ma dwa końce, chyba że to proca. Nowa postać - Patyk.
"Mamo chciałam ci coś powiedzieć."
Ilekroć słyszę te słowa z ust Fasoli tylekroć lekko cierpnie mi skóra, bo zwykle oznacza to albo złe wieści, albo próbę wymuszenia zgody na szalone pomysły.
"Zauważyłaś pewnie zmianę w moim zachowaniu."
I tu ziściły się moje podejrzenia.
"Dobra, mów jak ma na imię."
"Skąd wiesz?! ... Patryk"
"Co, znowu!"
Poprzedni chłopak Fasoli nosił to samo imię. Obecny Patryk natychmiast został dla mnie Patykiem, co oczywiście nie jest za grosz oryginalne, ale tak się przyczepiło i już. Szczerze powiedziawszy i tak ma chłopak szczęście, bo poprzedni - dla moich potrzeb - nazywany był "Kurzym Sromem", co zdarzyło mi się nawet wypowiedzieć głośno przy Fasoli, a co ona wielkodusznie mi wybaczyła i z czego, po rozstaniu, może się spokojnie naśmiewać.
"Chciałam, żebyś go poznała i dlatego zaprosiłam go na sobotę."
wtorek, 21 lutego 2012
Pozdrowienia dla Pana Johana.
Wykonując zgrabny całkiem półobrót cudem uniknęłam ciosu.
Po bliższych oględzinach "spadniętego" skonstatowałam, że to co leciało, wydając z siebie dziwaczne mlaśnięcie, było makaronem typu "nitka" (cholera wie ilu jajeczną), do tego silnie okraszoną marchwią w kawałkach i resztkami kury. Nie minęła dłuższa chwila, jak w ślad za makaronem poleciały kości z tejże kury, kartofelki i coś nieokreślonego a mokrego (pewnie rosół).
Przechadzka po osiedlu, szczególnie niedzielna i poobiednia, jest zajęciem ryzykownym. Balkonów ci u nas dostatek, a praktycznie z każdego lecą na ciebie człowieku przeróżnej maści wytwory kulinarnej fantazji.
Podejmując ryzyko, w imię głębszego niż dotychczas zbadania kwestii walającego się żarcia, przeszłam się dalej i znalazłam: hałdy chleba, zwałowiska: kiełbas, parówek, surówek, obierek z ziemniaków, gotowanych ziemniaków, kanapek, kapusty kiszonej zasmażanej i innych "wiktuałów" w różnym stopniu rozkładu.
Czy ktoś poza lenistwem, brakiem kultury i bezmyślnością zna przyczyny, dla których tak wielu ludzi wyrzuca jedzenie przez okna wprost na osiedlowe trawniki, a przy odrobienie szczęścia swoim współplemieńcom na głowy?
Głodne ptaszki, kotki i pieski?
Nie!
Po bliższych oględzinach "spadniętego" skonstatowałam, że to co leciało, wydając z siebie dziwaczne mlaśnięcie, było makaronem typu "nitka" (cholera wie ilu jajeczną), do tego silnie okraszoną marchwią w kawałkach i resztkami kury. Nie minęła dłuższa chwila, jak w ślad za makaronem poleciały kości z tejże kury, kartofelki i coś nieokreślonego a mokrego (pewnie rosół).
Przechadzka po osiedlu, szczególnie niedzielna i poobiednia, jest zajęciem ryzykownym. Balkonów ci u nas dostatek, a praktycznie z każdego lecą na ciebie człowieku przeróżnej maści wytwory kulinarnej fantazji.
Podejmując ryzyko, w imię głębszego niż dotychczas zbadania kwestii walającego się żarcia, przeszłam się dalej i znalazłam: hałdy chleba, zwałowiska: kiełbas, parówek, surówek, obierek z ziemniaków, gotowanych ziemniaków, kanapek, kapusty kiszonej zasmażanej i innych "wiktuałów" w różnym stopniu rozkładu.
Czy ktoś poza lenistwem, brakiem kultury i bezmyślnością zna przyczyny, dla których tak wielu ludzi wyrzuca jedzenie przez okna wprost na osiedlowe trawniki, a przy odrobienie szczęścia swoim współplemieńcom na głowy?
Głodne ptaszki, kotki i pieski?
Nie!
sobota, 18 lutego 2012
Pragnienia, obawy i trudne decyzje.
Widoczna na zdjęciu poniżej Fasola, w co wierzyć mi się nie chce, pewnie
jak każdemu z rodziców w takich razach, w sierpniu tego roku skończy
lat 18. Dostanie toto dowód osobisty, w świetle prawa będzie
pełnoletnia, rzekomo dorosła, sama o sobie stanowiąca i sama za siebie
odpowiedzialna.
Trochę już w tej głowie ma, rozsądek kiełkujący, a reszta placu pusta i wiatr po nim hula. Czasem dochodzi do sztormów, wszystko wokół rozpieprzone i trudno to potem posprzątać i odbudować, ale bywa też flauta, albo ożywcza bryza.
Dużo w niej wiary, nadziei na rzeczy piękne, niesamowite, romantyczne, porywające. Ma też sporą dozę niezbędnego wariactwa i ciekawości. To dobrze, tak być powinno.
Raczej nie wszystko jest takie, jakim się jej dziś może wydawać - nie szkodzi. O tym co jakie jest będzie miała czas przekonać się w przeciągu życia i z każdym kolejnym doświadczeniem. Być może to, co ją dziś przestrasza okaże się łatwe i przyjemne, a co dziś jest takie straci na wartości. Mam nadzieję, że pomogłam się jej uzbroić na tyle, że trudne rzeczy nie odbiorą jej radości, pasji i chęci do działania czy to z prądem, czy pod prąd, a piękne dodadzą jej skrzydeł.
Trochę już w tej głowie ma, rozsądek kiełkujący, a reszta placu pusta i wiatr po nim hula. Czasem dochodzi do sztormów, wszystko wokół rozpieprzone i trudno to potem posprzątać i odbudować, ale bywa też flauta, albo ożywcza bryza.
Dużo w niej wiary, nadziei na rzeczy piękne, niesamowite, romantyczne, porywające. Ma też sporą dozę niezbędnego wariactwa i ciekawości. To dobrze, tak być powinno.
Raczej nie wszystko jest takie, jakim się jej dziś może wydawać - nie szkodzi. O tym co jakie jest będzie miała czas przekonać się w przeciągu życia i z każdym kolejnym doświadczeniem. Być może to, co ją dziś przestrasza okaże się łatwe i przyjemne, a co dziś jest takie straci na wartości. Mam nadzieję, że pomogłam się jej uzbroić na tyle, że trudne rzeczy nie odbiorą jej radości, pasji i chęci do działania czy to z prądem, czy pod prąd, a piękne dodadzą jej skrzydeł.
wtorek, 7 lutego 2012
Bluzg.
Koleżanka z pracy wyjechała na wypoczynek do Zakopanego, z mężem, dwoma synkami i znajomymi. Po powrocie opowiada jak tam było, co się działo i robiło, i jedna rzecz w tym opowiadaniu zatrzymała mnie na dłużej. Miejsce kwaterowania odwiedzane wielokrotnie, zaprzyjaźniona gospodyni, przyjemny pensjonacik prowadzony przez miejscową energiczną i zażywną góralkę.
Znajoma opowiada, że jej dziesięcioletni synek zadał jej pytanie: "Co ta pani (właścicielka pensjonatu) ciągle powtarza za słowo ku ... coś i ku ... coś?".
Szczerze nie wierzyłam prawie, że można w dzisiejszych czasach uchronić dziecko (przez tyle lat) od usłyszenia i poznania celu użycia i znaczenia słowa kurwa, tudzież wielu innych przekleństw.
To miała mamusia problem - jak to dziecku wyjaśnić, żeby mu nie utrwalić i nie wbić do głowy, bo jak tłumaczenie wstydliwe, niejasne i pokrętne, to dzieciak natychmiast wyczuwa, że coś jest na rzeczy i tym mocniej przykleja się do tematu.
Ale czemu mnie to tak zajęło? Wyjaśniam.
Znajoma opowiada, że jej dziesięcioletni synek zadał jej pytanie: "Co ta pani (właścicielka pensjonatu) ciągle powtarza za słowo ku ... coś i ku ... coś?".
Szczerze nie wierzyłam prawie, że można w dzisiejszych czasach uchronić dziecko (przez tyle lat) od usłyszenia i poznania celu użycia i znaczenia słowa kurwa, tudzież wielu innych przekleństw.
To miała mamusia problem - jak to dziecku wyjaśnić, żeby mu nie utrwalić i nie wbić do głowy, bo jak tłumaczenie wstydliwe, niejasne i pokrętne, to dzieciak natychmiast wyczuwa, że coś jest na rzeczy i tym mocniej przykleja się do tematu.
Ale czemu mnie to tak zajęło? Wyjaśniam.
sobota, 4 lutego 2012
Gniazdowanie.
Ależ ja to nieprzyzwoicie wręcz lubię. Od czasu do czasu dobre jest takie "gniazdowanie".
Pobudka naturalna, bez niepokojącego i nakręcającego terkotu budzika. Oczy otwieram, ale nie zrywam się natychmiast, tylko błogo przeciągam, pomrukuję, oczy przecieram, patrzę niezobowiązująco to w bok jeden, to w bok drugi, to przed siebie, to kątem za okno, co tam słychać.
Złażę wreszcie wolno, noga za nogą z łóżka i cisnę do kuchni.
A tam kawa pachnąca i z mlekiem - wypijana w szlafroku. Papieros do tej kawy, popalany niespiesznie. Znów łyk kawy. Wzrok ślizga się leniwie po sprzętach, od ściany do okna i z powrotem. Chłopaki z mordami na moich udach jeszcze dosypiają. Kot zagrzebany w pościeli - póki co nawet nie pomyślał o wyruszeniu do michy. Miss Fridrikson co prawda postukuje miską, żeby się pospieszyć z tym śniadaniem, ale dalej popijam kawę, bo jak mawiała w takich razach moja Mamełe: "Pomału, pomału, z głodu jeszcze nikt w portki nie nasrał".
Spokój zewnętrzny, spokój wewnętrzny.
Pobudka naturalna, bez niepokojącego i nakręcającego terkotu budzika. Oczy otwieram, ale nie zrywam się natychmiast, tylko błogo przeciągam, pomrukuję, oczy przecieram, patrzę niezobowiązująco to w bok jeden, to w bok drugi, to przed siebie, to kątem za okno, co tam słychać.
Złażę wreszcie wolno, noga za nogą z łóżka i cisnę do kuchni.
A tam kawa pachnąca i z mlekiem - wypijana w szlafroku. Papieros do tej kawy, popalany niespiesznie. Znów łyk kawy. Wzrok ślizga się leniwie po sprzętach, od ściany do okna i z powrotem. Chłopaki z mordami na moich udach jeszcze dosypiają. Kot zagrzebany w pościeli - póki co nawet nie pomyślał o wyruszeniu do michy. Miss Fridrikson co prawda postukuje miską, żeby się pospieszyć z tym śniadaniem, ale dalej popijam kawę, bo jak mawiała w takich razach moja Mamełe: "Pomału, pomału, z głodu jeszcze nikt w portki nie nasrał".
Spokój zewnętrzny, spokój wewnętrzny.
wtorek, 31 stycznia 2012
"Gdy pada śnieg, gdy pruszy śnieg ... Jak marzną mi paluszki".
Śnieg wprawdzie nie pada, ale za to mróz owszem jest i to spory, i wiatr do tego też niczego sobie, co wszyscy czują. Niestety cierpię na fenomen Raynaud'a i przeżywam katusze. Powrót krążenia w zsiniałych paluchach boli jak jasna cholera, a i inne "ciekawe" zjawiska pojawiają się na pozbawionej, czasowo ale jednak, dopływu krwi skórze. Kto sobie kiedy choć trochę coś odmroził, ten wie o czym mówię. Łapki moje wyglądają mocno nieapetycznie - jakby ktoś po trzech miesiącach uchylił wieko trumny. Nie ma takich rękawiczek, za żadne pieniądze i w żadnej technologii, które zapewniałyby mi prawdziwą ochronę. Mój organizm jak Brutus jest przeciwko mnie i nic, poza stałym dopływem ciepła z zewnątrz, nie daje rady. Ogrzewacze działają za krótko, żeby wytrzymać czas spaceru z psiokami, a zima traci swój urok, co jest przykre.

Lubię bowiem tę
naszą różnorodność klimatyczną, cieszy mnie powrót przedwiośnia, którego, przynajmniej w moich stronach, przez jakiś czas brakowało, cieszą wszystkie pory roku. Niestety już niewielkie zimno powoduje, że przyjemnie, to mi się na to patrzy jedynie zza szyby okna własnej chałupy, gdy w dłoniach trzymam kubełek ciepłej kawki (albo herbatki).
A prawdziwi bohaterowie, to nie takie rzeczy znosili, więc i ja - dzielną będąc - idę na spacer z huncwotami i ręce precz od rąk.

Lubię bowiem tę
naszą różnorodność klimatyczną, cieszy mnie powrót przedwiośnia, którego, przynajmniej w moich stronach, przez jakiś czas brakowało, cieszą wszystkie pory roku. Niestety już niewielkie zimno powoduje, że przyjemnie, to mi się na to patrzy jedynie zza szyby okna własnej chałupy, gdy w dłoniach trzymam kubełek ciepłej kawki (albo herbatki).
A prawdziwi bohaterowie, to nie takie rzeczy znosili, więc i ja - dzielną będąc - idę na spacer z huncwotami i ręce precz od rąk.
piątek, 13 stycznia 2012
Siekiera i ostre środki powierzchniowo czynne.
Nowy rok to nowe porządki. Odkładany od dawna remont kuchni wkroczył z fazy planów w fazę realizacji. I się zaczęło.
Czas operacyjny 1 tydzień - a niech mi ktoś powie, że był świadkiem remontu bez obsuwy, to nie uwierzę.
Środki finansowe mocno ograniczone. Sponsorów strategicznych, głównych, patronów medialnych itp. itd. - brak.
Początek - gorąca dyskusja na temat kolorów, bo kafelki w kolorze spranych majtek z ręcznie malowanym, okrutnie paskudnym wzorem kwiatowym (wiek datowany metodą radiowęglową jakieś 25 lat) zostają, a meble kupione w promocji leżą w piwnicy i oby nie zgniły, co jeszcze nie zostało sprawdzone.
Kolory wybrane: złoto pustyni, świeży grapefruit i papryka plus karmazynowe fugi. Jak na kuchnię wielkości kiszki wątrobianej odważnie.
Szaleńczy rajd po sklepach w celu kupienia w dobrej cenie: farb, gładzi, fugi, przyborów i akcesoriów, a także reszty niezbędnych "szpejek".
Drapanie ścian i starych fug.
Okazało się, że schodzą nie tylko warstwy starych farb, ale również pokaźne kawały płyty żelbetowej, kalecząc boleśnie nasze pełne zapału łby, co skutkowało kupieniem gipsu do zalepienia powstałych dziur i oczywiście opóźnieniem robót.
Mycie ścian mydłem malarskim, gruntowanie, a potem największa cholera (co włazi w czasie szlifowania wszędzie ilu by się nie postawiło zasiek i barier ochronnych) czyli gładź.
Sprzątanie gładzi - masakra.
środa, 21 grudnia 2011
Fakty są mocne, ale nie tak mocne jak błędne mniemania.
Wiadomo, tak jest, że jedna chwila i uruchamia się lawina. Potok słów, albo wydarzeń, albo jednego i drugiego, jednego napędzanego przez drugie, w różnych wariantach. Efekt - wszystko w środku wyje - rzeczy stają się tak nieodwracalne jak śmierć, zieje przerażeniem, niemocą, niezgodą na taki obrót spraw, a potem wewnętrzną pożogą, wrzaskiem z głębi trzewi, na koniec pustką - bo stało się, nadeszło "parszywe". To, na czym opierasz życie, nie jest już stabilne, ale robi makabryczną woltę, istne salto mortale, a ty sam zostajesz wtrącony w duchowy dance macabre.
czwartek, 15 września 2011
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – albo czy jestem na gwarancji.
Z łóżkiem bywa tak, że może być wygodne i duże, pościel w
nim może być czysta, pachnąca i miękka, a mimo to ciągle coś uwiera, gniecie, przeszkadza,
ogólnie robią się ciciki na mózgu i spać się nie da. Bywa też tak, że uwali się
człowiek na madejowym łożu i śpi jak dziecko.
Życie Wierchoła to pasmo gniecenia w wygodnym łóżku
zamieniane na barłóg i odwrotnie, bo już tak z nim jest, że często chce
dokładnie nie tego, co akurat ma. Zastanawia się na ile jest uwarunkowany
genetycznie, ulegający wpływom i namowom, miejscom, w których bywa, ludziom,
których spotyka, a na ile jego wybory są autentycznie jego. Czasem da (albo dostanie)
coś dobrego, czasem nie. Konstrukcja Wierchoła zakłada zapewne możliwą ilość zastosowań,
rozszerzeń, dodatków i gadżetów, jak również koniecznej wymiany części, uaktualniania
oprogramowania i koniecznych napraw, i należy mieć nadzieję, że z odpowiednią
instrukcją dalsze użytkowanie będzie bezawaryjne i przyjemne, pełne
zaskakujących zwrotów akcji i fantastycznych stworzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





