Osoby dramatu:
Pani o nieznanych personaliach, wieku - ujmijmy to - więcej niż średniego
Pimpek - piesio mały i kudłaty
Toluś
Brego
Miejsce akcji: osiedlisko-blokowisko malowniczo zasypane śniegiem i do tego mgłą zasnute, temperatura -15 stopni
Czas akcji: późne popołudnie - co w obecnym czasie oznacza ciemności kryją ziemię
Pani o nieznanych personaliach, wieku więcej niż średniego wyszła na spacerek ze swoim ukochanym Pimpkiem. Obskurne osiedlisko nie zachęcało do spacerków, ale Pani nie dla własnej frajdy i przyjemności, czy zdrowia nawet, bo to przecież i śnieg, i mgła, a i temperatura zabójcza, ale dla Pimpka, którego natura wezwała celem opróżnienia malutkich jelitek i pęcherzyka.
W tychże celach opróżnienia tego i tamtego Toluś zabrał Brego na spacer.
Spacerowali, spacerowali, aż się Toluś z Panią i pieski spotkali.
Stojąc w niedalekiej odległości od Pani Toluś usłyszał monolog Pani kierowany do Pimpka:
"Pimpek choć do domku, bo ci nóżki zmarzną, no choć już, choć."
Pimpek nie wyglądał na przejętego groźbą zmarzłych nóżek, czy też czegokolwiek innego i nadal zawzięcie obwąchiwał skrawek trawnika. Jedynym przejętym i zmarzniętym stworzeniem była jego Pani.
Pani postanowiła użyć wobec Pimpka innego argumentu: "Pimpuś choć do domu pooglądać telewizję. Niedługo się twój serial zacznie."
Toluś nie wytrzymał i zagadnął: "Dzień dobry, to Pimpek ma swój ulubiony serial?"
- "No tak, Eswuenżeta ogląda, to i ja zerknę."
- "Co ogląda?" - dopytywał niezorientowany Toluś.
- "No Stawkę większą niż życie przecież."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brego. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 grudnia 2012
piątek, 12 października 2012
Tak, tak. Nie, nie.
Tak: zalepiliśmy przedpokojowe sufity, pomalowaliśmy je i powiesiliśmy das funkiel neue oświetlenie. Kibelek pomalowany, obrazek z sowami (co pono pecha przynoszą) wisi. Pokoik kiszkowy - part two - odmalowany. Ochrona ścianowa-antypsowa tamże zamontowana i roleta odpromienna. Łazienka razi bielą i nowym uchwytem na prysznic.
Upiorne oświetlenie - jak w blokowych piwnicach - zamaskowane zgrabnie przyciętymi, koronkowymi osłonkami z blachy - takimi na doniczki. Żaróweczki energooszczędne dają cieplutkie światełko.
Nabyłam również latarenkę zdrową, zupełnie świeczkową, co czas umila i powoduje senność.
Toluś kupił mi książeczkę Pana Irvinga, która jest wciągająca, ale po całodniowym skakaniu i tak usypiam.
Nie: wydrapałam starych fug w sraczu i tym samym nie położyliśmy nowych, nie pomalowałam kaloryferków (żeberkowych).
Za to: chwaląc się naszymi małymi podbojami remontowymi wkręciliśmy się na remont do mojej "kuliżanki" z pracy oraz moich rodziców.
Będziemy: ekipą fachową, niezgłoszoną i niezrzeszoną, zagruntowaną i zagładziowaną, niewyspaną i nieodsapaną aż do grudnia.
Będę: zabezpieczać, zaklejać, foliować-papierować, odklejać, sprzątać, wynosić.
Toluś będzie: gruntować, malować, zaklejać, brudzić i kurwić.
Z innej mańki - Brego dziś stracił jąderka. Kolejny Farinelli w ekipie. Płakał kilka godzin. Wielorybie jęki na granicy słyszalności ludzkiego ucha. Usypiacza musiał dostać tyle, co średniej wielkości gąbka - nie chciał się poddać i wywiesić białej flagi. Pan weterynarz wyraził coś między skargą a podziwem w tej materii. Tył Brego odcięło, ale przód parł do wyjścia. Lekarze do "reklamówki" ze skalpelem a Brego sru do przodu i "ja dziękuję, fajna impreza, ale ja wychodzę".
Walczył do końca, jak radziecki żołnierz i ostatnimi siłami zastrzelił kilku nazistów.
Teraz już tylko wracać będzie do siebie, albo do tego miejsca, w które chce.
Ahoj wszystkim w stanie remontu. Pozdrowienia na szlaku.
Nie lizać ran, bo się będą jątrzyć i zakażenie murowane.
Upiorne oświetlenie - jak w blokowych piwnicach - zamaskowane zgrabnie przyciętymi, koronkowymi osłonkami z blachy - takimi na doniczki. Żaróweczki energooszczędne dają cieplutkie światełko.
Nabyłam również latarenkę zdrową, zupełnie świeczkową, co czas umila i powoduje senność.
Toluś kupił mi książeczkę Pana Irvinga, która jest wciągająca, ale po całodniowym skakaniu i tak usypiam.
Nie: wydrapałam starych fug w sraczu i tym samym nie położyliśmy nowych, nie pomalowałam kaloryferków (żeberkowych).
Za to: chwaląc się naszymi małymi podbojami remontowymi wkręciliśmy się na remont do mojej "kuliżanki" z pracy oraz moich rodziców.
Będziemy: ekipą fachową, niezgłoszoną i niezrzeszoną, zagruntowaną i zagładziowaną, niewyspaną i nieodsapaną aż do grudnia.
Będę: zabezpieczać, zaklejać, foliować-papierować, odklejać, sprzątać, wynosić.
Toluś będzie: gruntować, malować, zaklejać, brudzić i kurwić.
Z innej mańki - Brego dziś stracił jąderka. Kolejny Farinelli w ekipie. Płakał kilka godzin. Wielorybie jęki na granicy słyszalności ludzkiego ucha. Usypiacza musiał dostać tyle, co średniej wielkości gąbka - nie chciał się poddać i wywiesić białej flagi. Pan weterynarz wyraził coś między skargą a podziwem w tej materii. Tył Brego odcięło, ale przód parł do wyjścia. Lekarze do "reklamówki" ze skalpelem a Brego sru do przodu i "ja dziękuję, fajna impreza, ale ja wychodzę".
Walczył do końca, jak radziecki żołnierz i ostatnimi siłami zastrzelił kilku nazistów.
Teraz już tylko wracać będzie do siebie, albo do tego miejsca, w które chce.
Ahoj wszystkim w stanie remontu. Pozdrowienia na szlaku.
Nie lizać ran, bo się będą jątrzyć i zakażenie murowane.
niedziela, 6 maja 2012
niedziela, 19 lutego 2012
No i stało się!
Jako rzekłam stało się!
Dziś Toluś wyszedł na poranny spacer z Brego.
Długo nie wracają.
W końcu nadchodzą. Słyszę pipczenie domofonu.
Wchodzą do mieszkania.
Toluś wyrzuca z siebie: "Brego się rzucił na niego, poleciał jak strzała, no rzucił się na niego i ... odgryzł mu nos!"
Zamarłam. Połamałam się, posklejałam taśmą i znów połamałam. Co? To niemożliwe! Mój biszkoptowy Miś potworem-kilerem?
Na co Toluś powstrzymując rechot: "Na bałwana, na bałwana się rzucił, ukradł mu nos, bo był przecież rasowo z marchewy!"
Odzyskałam wiarę w psa - żarłok, ale przyzwoity.
Szkoda tylko dzieciaków, które przyjdą obejrzeć jutro swojego kalekiego bałwanka, bo przecież im nie powiem, że nosa nie ma, bo to ostatnie stadium syfilisu.
Dziś Toluś wyszedł na poranny spacer z Brego.
Długo nie wracają.
W końcu nadchodzą. Słyszę pipczenie domofonu.
Wchodzą do mieszkania.
Toluś wyrzuca z siebie: "Brego się rzucił na niego, poleciał jak strzała, no rzucił się na niego i ... odgryzł mu nos!"
Zamarłam. Połamałam się, posklejałam taśmą i znów połamałam. Co? To niemożliwe! Mój biszkoptowy Miś potworem-kilerem?
Na co Toluś powstrzymując rechot: "Na bałwana, na bałwana się rzucił, ukradł mu nos, bo był przecież rasowo z marchewy!"
Odzyskałam wiarę w psa - żarłok, ale przyzwoity.
Szkoda tylko dzieciaków, które przyjdą obejrzeć jutro swojego kalekiego bałwanka, bo przecież im nie powiem, że nosa nie ma, bo to ostatnie stadium syfilisu.
piątek, 9 grudnia 2011
Z całego serca życzę: zejdźmy na psy.
- Grzesiu poszukaj kapci.
Pies biegnie jak obłąkany w poszukiwaniu tychże. Znajduje jednego kapcia i przynosi mi go. Siada przede mną zadowolony z dobrze wykonanej pracy i wypuszcza kapcia z gęby.
Zakładam kapcia na stopę, daję psu smakołyk i mówię - Przynieś drugiego.
Grzesiu z animuszem superbohatera znów wyrusza na ekspedycję ratunkowo-poszukiwawczą. Nie ma go wybitnie długo. Wielu miejsc do przeszukania to on nie ma - ot mieszkanko w bloku z wielkiej płyty. Wraca z niczym. Stoi przede mną w napięciu i patrzy. Potem odwraca głowę i znów wyczekująco się we mnie wpatruje. Myślę sobie aha, komunikat brzmi - Tak, tak, tak przyniosę, przyniosę, bardzo chcę, ale on jest TAM, musisz iść ze mną!
środa, 9 listopada 2011
Mięsożerca względny, czyli nie samym mięsem pies żyje.
Przede wszystkim Pani Kamila. Jest to osoba o niesamowitym tembrze głosu, chrapliwo-skrzekliwym, ale w taki sposób, który zupełnie nie drażni, za to jest rozpoznawalny w każdej sytuacji i z każdej odległości. Osoba tak naturalna, spontaniczna, serdeczna i otwarta, że nie ma możliwości, żeby jej nie lubić. Pani Kamila sprzedaje w budce warzywa i owocki.
Zaczęło się od tego, że na niektórych spacerach zachodziliśmy z Brego do Pani Kamili, a to zakupić psu marchewkę, a to jabłuszko czy ogórka. Brego w zapamiętaniu i szczęściu pochłaniał pod budką zakupiony smakołyk, wzbudzając przy tym ogólną sensację: "Patrzcie pies je marchew (jabłko, ogórka, banana)!!!???".
Służył też jako chlubny przykład i spełniał rolę edukacyjno-motywującą dla małych dzieci, których mamusie w takich sytuacjach mawiały: "Zobacz jak piesek ładnie je jabłuszko, a ty nie chcesz jeść. Teraz już będziesz, tak?". Po wszystkim Gregor siada na dupsko i mówi do widzenia, czyli wydaje z siebie dźwięk pośredni między stęknięciem a szczeknięciem.
czwartek, 20 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona druga.
Wieczorem stanęliśmy z Bazylem w domu. Brego, jako pies towarzyski, był zachwycony pojawieniem się Bazyla. Od razu rozpoczął zaproszeniem do zabawy, obskakiwaniem, podgryzaniem i ... pojawił się problem. Bazyl nie rozumiał komunikatów, nie potrafił się bawić. Dla pewności, że nic złego między "chłopakami" nie zajdzie Toluś nie spał całą noc mając tzw. baczenie. Bazyl był spokojny, trzymał się jednak z dala od Brego, tyle że Brego miał problem, żeby trzymać się z dala od Bazyla. Noc przebiegła na szczęście spokojnie.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
środa, 19 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona pierwsza.
No tak Bazyl ... A z tym huncwotem, to sprawa skomplikowana.
Ponieważ żyliśmy sobie z Brego, to Toluś zaangażował się w forumowo-labradorowe kwestie i jakoś tak trafił na kolegę Bazyla, biszkoptowego labradora, który szukał domu. Przebywał w domu tymczasowym, a potrzebował czegoś na stałe. Któregoś wieczoru usłyszałam od Tolusia: "Co byś powiedziała na drugiego psa?" i pokazał mi Bazyla. Na zdjęciu Bazyl wyglądał jak pies z najszerszym uśmiechem świata, a jednocześnie z niezłym zajobem w oczach. Po szeroko zakrojonych dyskusjach postanowiliśmy przygarnąć Bazyla.
Bazyl przebywał u wspaniałych ludzi, którzy na co dzień pomagają pieskom, ale ponieważ pomagają już bardzo mocno i intensywnie, nie byli w stanie zatrzymać również jego.
Ponieważ żyliśmy sobie z Brego, to Toluś zaangażował się w forumowo-labradorowe kwestie i jakoś tak trafił na kolegę Bazyla, biszkoptowego labradora, który szukał domu. Przebywał w domu tymczasowym, a potrzebował czegoś na stałe. Któregoś wieczoru usłyszałam od Tolusia: "Co byś powiedziała na drugiego psa?" i pokazał mi Bazyla. Na zdjęciu Bazyl wyglądał jak pies z najszerszym uśmiechem świata, a jednocześnie z niezłym zajobem w oczach. Po szeroko zakrojonych dyskusjach postanowiliśmy przygarnąć Bazyla.
Bazyl przebywał u wspaniałych ludzi, którzy na co dzień pomagają pieskom, ale ponieważ pomagają już bardzo mocno i intensywnie, nie byli w stanie zatrzymać również jego.
Odbyliśmy wizytę "przeciwadopcyjną", przeszliśmy badanie pozytywnie i pozwolono nam pojechać po Bazyla, a jak się sobie spodobamy, to wrócić już razem do domu.
Niezwykłe było to, że wszyscy ludzie zaangażowani w pomoc zwierzakom, których przy tej okazji poznaliśmy, kibicowali nam przez cały czas. Rozstanie z Bazylem zostało opłakane, bo dobrzy ludzie zdążyli go już pokochać.
Niezwykłe było to, że wszyscy ludzie zaangażowani w pomoc zwierzakom, których przy tej okazji poznaliśmy, kibicowali nam przez cały czas. Rozstanie z Bazylem zostało opłakane, bo dobrzy ludzie zdążyli go już pokochać.
poniedziałek, 10 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt trzeci Brego.
Menażeria miała się powiększyć, gdyż ... zapragnęliśmy mieć psa.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




