Wieczorem stanęliśmy z Bazylem w domu. Brego, jako pies towarzyski, był zachwycony pojawieniem się Bazyla. Od razu rozpoczął zaproszeniem do zabawy, obskakiwaniem, podgryzaniem i ... pojawił się problem. Bazyl nie rozumiał komunikatów, nie potrafił się bawić. Dla pewności, że nic złego między "chłopakami" nie zajdzie Toluś nie spał całą noc mając tzw. baczenie. Bazyl był spokojny, trzymał się jednak z dala od Brego, tyle że Brego miał problem, żeby trzymać się z dala od Bazyla. Noc przebiegła na szczęście spokojnie.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miss Fridrikson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miss Fridrikson. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 października 2011
poniedziałek, 10 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt trzeci Brego.
Menażeria miała się powiększyć, gdyż ... zapragnęliśmy mieć psa.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
sobota, 8 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta! - akt drugi Fridrikson.
Miss Fridrikson miała być miniaturowym królikiem. Broń Boże nie dlatego, że postanowił tak Stwórca, ale dlatego, że życzeniem urodzinowym Fasolki było posiadanie takiego zwierzaczka. Swojego zwierzaczka. Objeździliśmy kilka sklepów zoologicznych i akurat w tym momencie, choć zawsze króliczków jest masa, nie było żadnego do kupienia. Za to spotkaliśmy Miss Fridrikson, która reprezentowała sobą cały wachlarz pociesznych zachowań, niewyobrażalnych wariacji i ufności dla ludzi. Zresztą w sklepie podbiła serca wszystkich pracujących tam dziewcząt, które bawiły się z nią i nosiły na rękach. Do nas też nie miała żadnych zastrzeżeń, zresztą - jak to fretkę - rozpierała ją energia i chęć do zabawy, więc zaczęły się figle. Choć nie planowaliśmy nowej przyjaciółki fretki, to przyjaciółka fretka zamieszkała z nami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

