Przyznaję się, jestem kibicem. Euro wciągnęło mnie w związku z tym bez reszty. Dzień podporządkowany godzinom rozgrywek. Teraz, jak jest tylko jeden mecz dziennie, albo i nie ma wcale to ok, ale jak były dwa, to latałam jak kot z pęcherzem. Tymczasem na froncie się dzieje, a ruchy wojsk nie ustają, normalnie: potyczki dnia codziennego, ataki to z lewej, to z prawej flanki, zaciekła obrona, albo ruchy zaczepne. Życie.
Toluś pozbył się gipsu, ale niestety nie złamania. Pełnego zrostu nie ma. Gira nadal w kolorze trupio-sinym, objętościowo prezentuje się jak krowie wymię i boli jak nieszczęście. Ruchy jakie takie możliwe, a to już sukces. Nadal uziemienie, ale jednak ciut mniejsze. Powiedzmy, że z okopów Toluś wygrzebał się na poziom "zero".
Bazyli już na drugi dzień po zabiegu śmigał jak osa, tyle że w majtadorach. Teraz ma po prostu między nogami pustą reklamówkę. Poza tym bez zmian, z czego wniosek, że usunięcie jajec nie powoduje spadku poziomu oszołomstwa.
Trzeba znaleźć sposób - poza pomniejszeniem żołądka - na operacyjne usunięcie łakomstwa, a wówczas Brego natychmiast ląduje u weta.
Fasolka natomiast nerwowo poszukuje w miarę taniej miejscówki na opijanie 18 i planuje co tam zapodać gościom do szamania.
Ja zostałam dumną posiadaczką iphona, na którym, korzystając z dzisiejszej przerwy w meczykach, wystukałam tego posta.
Z okrzykiem kibica:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bazyl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bazyl. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 czerwca 2012
środa, 6 czerwca 2012
O znikaniu i pozostawaniu.
1. Bazylowi zniknęły jądra za sprawą kastracji dokonanej skalpelem weterynarza. Pozostały: szwy, pusty woreczek, trochę zasinienia i opuchnięcia, sporo bólu, fizelinowe gatki, wizja zdejmowania szwów, kończący się zapas testosteronu.
2. Tolusiowi zniknęły szwy za sprawą lekarza ortopedy, któren był te szwy wycharatał. Pozostał: gips, zasinienie, nie zagojona jeszcze rana, ból i puchnięcie, nadzieja na przyszłość w związku z narastającą kurwicą spowodowaną przymusową bezczynnością oraz osobista satysfakcja z powodu tego, że w firmie nie dzieje się tak dobrze, jak wtedy, gdy był sprawnym - za przeproszeniem - członkiem zespołu, o czym mu uprzejmie doniosło szefostwo, pytając o zdrowie i rychły, jak mieli nadzieję, powrót.
2. Tolusiowi zniknęły szwy za sprawą lekarza ortopedy, któren był te szwy wycharatał. Pozostał: gips, zasinienie, nie zagojona jeszcze rana, ból i puchnięcie, nadzieja na przyszłość w związku z narastającą kurwicą spowodowaną przymusową bezczynnością oraz osobista satysfakcja z powodu tego, że w firmie nie dzieje się tak dobrze, jak wtedy, gdy był sprawnym - za przeproszeniem - członkiem zespołu, o czym mu uprzejmie doniosło szefostwo, pytając o zdrowie i rychły, jak mieli nadzieję, powrót.
niedziela, 6 maja 2012
piątek, 9 grudnia 2011
Z całego serca życzę: zejdźmy na psy.
- Grzesiu poszukaj kapci.
Pies biegnie jak obłąkany w poszukiwaniu tychże. Znajduje jednego kapcia i przynosi mi go. Siada przede mną zadowolony z dobrze wykonanej pracy i wypuszcza kapcia z gęby.
Zakładam kapcia na stopę, daję psu smakołyk i mówię - Przynieś drugiego.
Grzesiu z animuszem superbohatera znów wyrusza na ekspedycję ratunkowo-poszukiwawczą. Nie ma go wybitnie długo. Wielu miejsc do przeszukania to on nie ma - ot mieszkanko w bloku z wielkiej płyty. Wraca z niczym. Stoi przede mną w napięciu i patrzy. Potem odwraca głowę i znów wyczekująco się we mnie wpatruje. Myślę sobie aha, komunikat brzmi - Tak, tak, tak przyniosę, przyniosę, bardzo chcę, ale on jest TAM, musisz iść ze mną!
środa, 9 listopada 2011
Mięsożerca względny, czyli nie samym mięsem pies żyje.
Przede wszystkim Pani Kamila. Jest to osoba o niesamowitym tembrze głosu, chrapliwo-skrzekliwym, ale w taki sposób, który zupełnie nie drażni, za to jest rozpoznawalny w każdej sytuacji i z każdej odległości. Osoba tak naturalna, spontaniczna, serdeczna i otwarta, że nie ma możliwości, żeby jej nie lubić. Pani Kamila sprzedaje w budce warzywa i owocki.
Zaczęło się od tego, że na niektórych spacerach zachodziliśmy z Brego do Pani Kamili, a to zakupić psu marchewkę, a to jabłuszko czy ogórka. Brego w zapamiętaniu i szczęściu pochłaniał pod budką zakupiony smakołyk, wzbudzając przy tym ogólną sensację: "Patrzcie pies je marchew (jabłko, ogórka, banana)!!!???".
Służył też jako chlubny przykład i spełniał rolę edukacyjno-motywującą dla małych dzieci, których mamusie w takich sytuacjach mawiały: "Zobacz jak piesek ładnie je jabłuszko, a ty nie chcesz jeść. Teraz już będziesz, tak?". Po wszystkim Gregor siada na dupsko i mówi do widzenia, czyli wydaje z siebie dźwięk pośredni między stęknięciem a szczeknięciem.
czwartek, 20 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona druga.
Wieczorem stanęliśmy z Bazylem w domu. Brego, jako pies towarzyski, był zachwycony pojawieniem się Bazyla. Od razu rozpoczął zaproszeniem do zabawy, obskakiwaniem, podgryzaniem i ... pojawił się problem. Bazyl nie rozumiał komunikatów, nie potrafił się bawić. Dla pewności, że nic złego między "chłopakami" nie zajdzie Toluś nie spał całą noc mając tzw. baczenie. Bazyl był spokojny, trzymał się jednak z dala od Brego, tyle że Brego miał problem, żeby trzymać się z dala od Bazyla. Noc przebiegła na szczęście spokojnie.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
środa, 19 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona pierwsza.
No tak Bazyl ... A z tym huncwotem, to sprawa skomplikowana.
Ponieważ żyliśmy sobie z Brego, to Toluś zaangażował się w forumowo-labradorowe kwestie i jakoś tak trafił na kolegę Bazyla, biszkoptowego labradora, który szukał domu. Przebywał w domu tymczasowym, a potrzebował czegoś na stałe. Któregoś wieczoru usłyszałam od Tolusia: "Co byś powiedziała na drugiego psa?" i pokazał mi Bazyla. Na zdjęciu Bazyl wyglądał jak pies z najszerszym uśmiechem świata, a jednocześnie z niezłym zajobem w oczach. Po szeroko zakrojonych dyskusjach postanowiliśmy przygarnąć Bazyla.
Bazyl przebywał u wspaniałych ludzi, którzy na co dzień pomagają pieskom, ale ponieważ pomagają już bardzo mocno i intensywnie, nie byli w stanie zatrzymać również jego.
Ponieważ żyliśmy sobie z Brego, to Toluś zaangażował się w forumowo-labradorowe kwestie i jakoś tak trafił na kolegę Bazyla, biszkoptowego labradora, który szukał domu. Przebywał w domu tymczasowym, a potrzebował czegoś na stałe. Któregoś wieczoru usłyszałam od Tolusia: "Co byś powiedziała na drugiego psa?" i pokazał mi Bazyla. Na zdjęciu Bazyl wyglądał jak pies z najszerszym uśmiechem świata, a jednocześnie z niezłym zajobem w oczach. Po szeroko zakrojonych dyskusjach postanowiliśmy przygarnąć Bazyla.
Bazyl przebywał u wspaniałych ludzi, którzy na co dzień pomagają pieskom, ale ponieważ pomagają już bardzo mocno i intensywnie, nie byli w stanie zatrzymać również jego.
Odbyliśmy wizytę "przeciwadopcyjną", przeszliśmy badanie pozytywnie i pozwolono nam pojechać po Bazyla, a jak się sobie spodobamy, to wrócić już razem do domu.
Niezwykłe było to, że wszyscy ludzie zaangażowani w pomoc zwierzakom, których przy tej okazji poznaliśmy, kibicowali nam przez cały czas. Rozstanie z Bazylem zostało opłakane, bo dobrzy ludzie zdążyli go już pokochać.
Niezwykłe było to, że wszyscy ludzie zaangażowani w pomoc zwierzakom, których przy tej okazji poznaliśmy, kibicowali nam przez cały czas. Rozstanie z Bazylem zostało opłakane, bo dobrzy ludzie zdążyli go już pokochać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




