Pokazywanie postów oznaczonych etykietą labrador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą labrador. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 maja 2012
niedziela, 19 lutego 2012
No i stało się!
Jako rzekłam stało się!
Dziś Toluś wyszedł na poranny spacer z Brego.
Długo nie wracają.
W końcu nadchodzą. Słyszę pipczenie domofonu.
Wchodzą do mieszkania.
Toluś wyrzuca z siebie: "Brego się rzucił na niego, poleciał jak strzała, no rzucił się na niego i ... odgryzł mu nos!"
Zamarłam. Połamałam się, posklejałam taśmą i znów połamałam. Co? To niemożliwe! Mój biszkoptowy Miś potworem-kilerem?
Na co Toluś powstrzymując rechot: "Na bałwana, na bałwana się rzucił, ukradł mu nos, bo był przecież rasowo z marchewy!"
Odzyskałam wiarę w psa - żarłok, ale przyzwoity.
Szkoda tylko dzieciaków, które przyjdą obejrzeć jutro swojego kalekiego bałwanka, bo przecież im nie powiem, że nosa nie ma, bo to ostatnie stadium syfilisu.
Dziś Toluś wyszedł na poranny spacer z Brego.
Długo nie wracają.
W końcu nadchodzą. Słyszę pipczenie domofonu.
Wchodzą do mieszkania.
Toluś wyrzuca z siebie: "Brego się rzucił na niego, poleciał jak strzała, no rzucił się na niego i ... odgryzł mu nos!"
Zamarłam. Połamałam się, posklejałam taśmą i znów połamałam. Co? To niemożliwe! Mój biszkoptowy Miś potworem-kilerem?
Na co Toluś powstrzymując rechot: "Na bałwana, na bałwana się rzucił, ukradł mu nos, bo był przecież rasowo z marchewy!"
Odzyskałam wiarę w psa - żarłok, ale przyzwoity.
Szkoda tylko dzieciaków, które przyjdą obejrzeć jutro swojego kalekiego bałwanka, bo przecież im nie powiem, że nosa nie ma, bo to ostatnie stadium syfilisu.
piątek, 9 grudnia 2011
Z całego serca życzę: zejdźmy na psy.
- Grzesiu poszukaj kapci.
Pies biegnie jak obłąkany w poszukiwaniu tychże. Znajduje jednego kapcia i przynosi mi go. Siada przede mną zadowolony z dobrze wykonanej pracy i wypuszcza kapcia z gęby.
Zakładam kapcia na stopę, daję psu smakołyk i mówię - Przynieś drugiego.
Grzesiu z animuszem superbohatera znów wyrusza na ekspedycję ratunkowo-poszukiwawczą. Nie ma go wybitnie długo. Wielu miejsc do przeszukania to on nie ma - ot mieszkanko w bloku z wielkiej płyty. Wraca z niczym. Stoi przede mną w napięciu i patrzy. Potem odwraca głowę i znów wyczekująco się we mnie wpatruje. Myślę sobie aha, komunikat brzmi - Tak, tak, tak przyniosę, przyniosę, bardzo chcę, ale on jest TAM, musisz iść ze mną!
środa, 9 listopada 2011
Mięsożerca względny, czyli nie samym mięsem pies żyje.
Przede wszystkim Pani Kamila. Jest to osoba o niesamowitym tembrze głosu, chrapliwo-skrzekliwym, ale w taki sposób, który zupełnie nie drażni, za to jest rozpoznawalny w każdej sytuacji i z każdej odległości. Osoba tak naturalna, spontaniczna, serdeczna i otwarta, że nie ma możliwości, żeby jej nie lubić. Pani Kamila sprzedaje w budce warzywa i owocki.
Zaczęło się od tego, że na niektórych spacerach zachodziliśmy z Brego do Pani Kamili, a to zakupić psu marchewkę, a to jabłuszko czy ogórka. Brego w zapamiętaniu i szczęściu pochłaniał pod budką zakupiony smakołyk, wzbudzając przy tym ogólną sensację: "Patrzcie pies je marchew (jabłko, ogórka, banana)!!!???".
Służył też jako chlubny przykład i spełniał rolę edukacyjno-motywującą dla małych dzieci, których mamusie w takich sytuacjach mawiały: "Zobacz jak piesek ładnie je jabłuszko, a ty nie chcesz jeść. Teraz już będziesz, tak?". Po wszystkim Gregor siada na dupsko i mówi do widzenia, czyli wydaje z siebie dźwięk pośredni między stęknięciem a szczeknięciem.
czwartek, 20 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt czwarty (nie wiadomo czy ostatni?) Bazyl. Odsłona druga.
Wieczorem stanęliśmy z Bazylem w domu. Brego, jako pies towarzyski, był zachwycony pojawieniem się Bazyla. Od razu rozpoczął zaproszeniem do zabawy, obskakiwaniem, podgryzaniem i ... pojawił się problem. Bazyl nie rozumiał komunikatów, nie potrafił się bawić. Dla pewności, że nic złego między "chłopakami" nie zajdzie Toluś nie spał całą noc mając tzw. baczenie. Bazyl był spokojny, trzymał się jednak z dala od Brego, tyle że Brego miał problem, żeby trzymać się z dala od Bazyla. Noc przebiegła na szczęście spokojnie.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
Następnego dnia postanowiliśmy wyjść z psiurami na wspólny spacer.
Trzeba tu zaznaczyć, że Bazyl kompletnie nie umiał chodzić na smyczy, po wyjściu na dwór zachowywał się jak diabeł tasmański, ciągnął tak, że wyrywało nie tylko ręce, ale całą obręcz barkową. Wszystko prowokowało go do panicznego szczekania i napierniczania "orbitek", czyli kręcenia się wkoło na smyczy, zupełnie jak wcześniej na łańcuchu.
Idziemy (spacer równoległy), ja z Bazylem cudem nie biegnę, aż po jakimś czasie, mimo że trzymamy pieski w sporej odległości od siebie, te wspinają się na tylne łapy, jeżą sierść i dawaj z mordami na siebie. Jazgot jakich mało. Wróciliśmy do domu. I wtedy ... cud! Tak się na siebie wykrzyczeli i wytupali w tym jednym wybuchu, że po powrocie do domu Bazyl zaakceptował Brego całkowicie. Zaczęli się bawić. Bazyl stopniowo poznawał reguły. Psy radośnie galopowały po mieszkaniu, wywracały koziołki, podgryzały się, wylizywały, a w końcu zasnęły przytulone do siebie.
Miss Fridrikson, bezpieczna w swojej klatce, interesowała Bazyla bardzo i miało się wrażenie, że w celach konsumpcyjnych. Zresztą do dziś Bazyl nie radzi sobie z przesadnym zainteresowaniem, dlatego nie narażamy ich obojga na bezpośrednie spotkania.
Za to jazda była z Zośką.
poniedziałek, 10 października 2011
Rany, tutaj są zwierzęta - akt trzeci Brego.
Menażeria miała się powiększyć, gdyż ... zapragnęliśmy mieć psa.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
Nawet dość konkretnego, bo czekoladowego labradorka. Plany, plany i czas jakiś nic. Aż nagle, zupełnie spontanicznie, któregoś wieczora siad do kompa i szukamy piesków. Z czekoladowymi nie tyle, że był problem, ale ... mówię do Tolusia: "hej, a pokaż to", a to były biszkoptowe labradorki. Telefon do zamieszczających ogłoszenie (o dość skandalicznej porze) i szybkie umawianie się na następny dzień, że będziemy, że bierzemy i w ogóle nie ma mowy, że nie.
W niedzielny, zimowy poranek wyruszyliśmy pod Częstochowę.
Brego miał wybrane imię zanim go spotkaliśmy, ale to on wybrał nas. Strasznie się ucieszył na nasz widok, a my na jego widok. Nie było nawet chwili wahania. Wahanie pojawiło się w momencie, gdy właściciel piesków zaproponował nam wzięcie (za darmo) siostry Brego, bo ostatnia z miotu, bo nie wiadomo czy odpowiednio urośnie. Okropnie długo się biłam z myślami. Ona tez prawie wyłaziła ze skóry, żeby z nami iść, a Brego zajmował się nią jak prawdziwy brat. Była faktycznie malutka. Okropnie mi było później, że jednak zwyciężył rozsądek i suni nie wzięliśmy. Za to malutki Brego wyruszył w podróż do domu.
Przy małym piesku jest sporo roboty, a on jeszcze biedaczek chorował - znowu te przeklęte robale. Flaki Brego odmawiały posłuszeństwa i było parę takich dni, że nawet na cztery ręce i dwie szmaty oraz hurtowe ilości papierowych ręczników nie nadążaliśmy ze sprzątaniem. Do dnia dzisiejszego zapach jednego z płynów do sprzątania wzbudza we mnie mdłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



