Jestem odrętwiała.
Nijak nie mogę poczuć się inaczej i choć żałoba ma ponoć 7 etapów, to ja tkwię w tym samym miejscu. Myślałam, że pogrzeb, rytuał, ceremonia przeniosą smutek na inny poziom, ale tak się nie stało. Nie wiem, czy to z powodu tego co było przyczyną śmierci Lodzi? Tego, że jeszcze przed nami proces tego, który de facto pobił Lodzię na śmierć? Czy może dlatego, że cały ostatni miesiąc to nadal zamykanie spraw, które zostały po jej życiu i tkwiły w sensie fizycznym? Opróżnianie mieszkania, wąchanie i dotykanie rzeczy, dziwne uczucie, że bezprawnie ingeruję w jej prywatność i intymność, bo przeglądam jej dokumenty, rachunki i stare zdjęcia. Odkładanie pieczołowicie wszystkiego na miejsce, wygładzanie z pietyzmem, choć przecież przyszłam po to, żeby wyręczyć Mamę z uporządkowania i uprzątnięcia tych rzeczy, bo mieszkanie trzeba zdać, a nie po to, żeby przekładać bojaźliwie wszystko z miejsca na miejsce. Nie mogę czas dłuższy wykonać niczego konstruktywnego. Długie godziny wpatrywania się w ściany. Oczekiwanie, że - w ten, czy inny sposób - Lodzia przyjdzie. Potem mieszane uczucia, czy coś materialnego poza zdjęciami zachować, co wyrzucić, co oddać komuś, komu jeszcze mogłoby się przydać. Kilka dni dźwigania pudeł i na plecach worów na oczach zaaferowanych sąsiadów.
I jeszcze moja zapłakana i opuszczona mama. Dorosła mama, która poczuła się jak mała dziewczynka - bez mamy, sierotka.
Myśl o tym, że jak mamy bliskich, to nie zawsze znajdujemy dla nich czas, a potem jak naprawdę odejdą, to strasznie za nimi tęsknimy, choć wcześniej - gdy byli na wyciągnięcie ręki - taka bezbrzeżna tęsknota nie nachodziła nas nigdy, a zwyczajna za rzadko.
Obawa o tych, którzy są z nami. Pytanie jak dużo mamy jeszcze czasu. Co będzie z nami, tymi, którzy zostaną, gdy znów ktoś nas opuści.
Próba skupienia w rozkojarzeniu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leokadia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leokadia. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 lutego 2013
niedziela, 13 stycznia 2013
... !!!
Czterdziestoletni byk. Konkubent sąsiadki, z którą urządzał notoryczne burdy, popijawy i bitki. Pod własnymi zamkniętymi już drzwiami - wychodziła jak co piątek po chleb, bo nie lubiła tego robić w soboty, jak jest dużo ludzi. Skatował ją, bo nie chciała mu oddać kluczy, bo pamiętała, że w mieszkaniu - po różnych opisanych skrzętnie kopertkach - ma oszczędności z emerytury, pieniądze na leki, na opłaty, pieniądze-prezenty od dzieci i wnuków. Kluczy oddać nie chciała, tylko krzyczała o pomoc. Okładał ją pięściami, kopał, wyzywał, a na koniec zrzucił ze schodów ... moją małą, kruchą i obolałą nawet bez bicia, tuptającą sobie pomalutku na chudych nogach o lasce babcię ...
wtorek, 6 grudnia 2011
Co, ja nie znajdę?!
"Na Afrodytę, gdzie ty startujesz tak wcześnie?! Niedziela jest!"
I tu, co ważne, słowa te były skierowane do Tolusia, wroga numer jeden porannych pobudek, jednostkę fizycznie zaprogramowaną na działanie najwcześniej od południa. Nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić cudowności kitów, które potrafi wciskać gadając przez sen (podczas gdy osobie z boku mogłoby się wydawać, że jest kompletnie przytomny), albo arsenału niedorzeczności, jakie można wówczas usłyszeć. Jest wtedy słodki i czarujący, co nie zmienia faktu, że jego słowa jeszcze nie zdążą przebrzmieć, a już rozlega się chrapanie.
Toluś wstał. Sam. Z własnej i nieprzymuszonej woli wyrwał z łóżka w ten niedzielny poranek jak ogar (jeden z tych, co poszły w las) i oświadczył z przekonaniem: "Ja Ci znajdę to szydełko, zobaczysz! Przyszła mi do głowy taka jedna miejscówka. Tam będzie!" - moc i charyzma tej wypowiedzi usadziły mnie na wyrku. Usadzić, usadziły, ale nie żeby zaraz uciszyły moje wrodzone malkontenctwo: "Nie..., no jasne..., tylko że szkoda czasu i zachodu, i wogóle..." - tu się zawiesiłam.
Wstał, oporządził się i odjechał, uleciał jak sen jaki złoty. Nie minęło pół godziny jak zadzwonił telefon "A nie mówiłem! Co, ja nie znajdę!? Mam. Jakie chcesz: 0,6; 0,75, większe, mniejsze?".
Zadzwonił, a triumf jego był wielki. Trzymając telefon przy uchu dokonywał zakupu. Jeśli mam być szczera, to w jego wykonaniu widziałam już takie rzeczy, że rzadko wątpię w sukces (co jednak nie kłóci się z moim pesymistycznym marudzeniem), bo skoro powie, że będzie tak, to z reguły jest tak, jakkolwiek to robi i jakich sposobów używa.
I tu, co ważne, słowa te były skierowane do Tolusia, wroga numer jeden porannych pobudek, jednostkę fizycznie zaprogramowaną na działanie najwcześniej od południa. Nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić cudowności kitów, które potrafi wciskać gadając przez sen (podczas gdy osobie z boku mogłoby się wydawać, że jest kompletnie przytomny), albo arsenału niedorzeczności, jakie można wówczas usłyszeć. Jest wtedy słodki i czarujący, co nie zmienia faktu, że jego słowa jeszcze nie zdążą przebrzmieć, a już rozlega się chrapanie.
Toluś wstał. Sam. Z własnej i nieprzymuszonej woli wyrwał z łóżka w ten niedzielny poranek jak ogar (jeden z tych, co poszły w las) i oświadczył z przekonaniem: "Ja Ci znajdę to szydełko, zobaczysz! Przyszła mi do głowy taka jedna miejscówka. Tam będzie!" - moc i charyzma tej wypowiedzi usadziły mnie na wyrku. Usadzić, usadziły, ale nie żeby zaraz uciszyły moje wrodzone malkontenctwo: "Nie..., no jasne..., tylko że szkoda czasu i zachodu, i wogóle..." - tu się zawiesiłam.Wstał, oporządził się i odjechał, uleciał jak sen jaki złoty. Nie minęło pół godziny jak zadzwonił telefon "A nie mówiłem! Co, ja nie znajdę!? Mam. Jakie chcesz: 0,6; 0,75, większe, mniejsze?".
Zadzwonił, a triumf jego był wielki. Trzymając telefon przy uchu dokonywał zakupu. Jeśli mam być szczera, to w jego wykonaniu widziałam już takie rzeczy, że rzadko wątpię w sukces (co jednak nie kłóci się z moim pesymistycznym marudzeniem), bo skoro powie, że będzie tak, to z reguły jest tak, jakkolwiek to robi i jakich sposobów używa.
sobota, 3 grudnia 2011
Ty stary zg(d)redzie.
Babcia Leokadia swego czasu namiętnie i z pasją, a do tego z niemałym talentem szydełkowała i robiła na drutach. Posiadałam dzięki temu niezliczoną ilość: sweterków, szalików, czapek, rękawiczek i nieziemskich kapciuszków i to wszystko pomimo trudności w zdobyciu wówczas włóczki. Jako dziecko lubiłam te babcine robótki, asystowałam, zwijałam wełnę w motki, przyglądałam się jak druty śmigają w babcinych rękach i wsłuchiwałam się z przyjemnością w ten jedyny w swoim rodzaju dźwięk, który one z siebie wydają. I mnie tego i owego babcia nauczyła, choć moją przygodę z drutami zakończyłam na ściegu prawo-lewo, tudzież "ryż", a i tak wiecznie gubiłam jakieś oczka i wychodziło krzywo. Większe umiejętności mam w dziedzinie haftowania. Może i nauczyłabym się więcej z dziecięcej pasji, ale babci coraz bardziej psuł się wzrok i bolały ją dłonie, aż zarzuciła ręczne robótki, a ja razem z nią.
Obfitość i różnorodność drutów i szydełek, gazety i książki ze ściegami i wzorami, resztki kolorowych włóczek - wszystko to znalazło przystań na dnie babcinej szafy.
Obfitość i różnorodność drutów i szydełek, gazety i książki ze ściegami i wzorami, resztki kolorowych włóczek - wszystko to znalazło przystań na dnie babcinej szafy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
